gwiazdy w Olkuszu: PODSIADŁO I HONET

Galeria BWA w Olkuszu zaprasza na spotkanie: 30.04.2016 godz. 18.00
https://bwaolkusz.com/

podsiadlo-honet

Reklamy

L. Staff, Rzęsa

Rzęsa

W starym, zapuszczonym parku
Stałem nad stawem
Pokrytym grubym kożuchem rzęsy.
Myśląc,
Że woda była tu niegdyś przejrzysta
I dziś by być taka powinna,
Podjętą z ziemi suchą gałęzią
Zacząłem zgarniać zieloną patynę
I odprowadzać do odpływu.

Zastał mnie przy tym zajęciu
Mędrzec spokojny
O czole myślą rozciętym
I rzekł z łagodnym uśmiechem
Pobłażliwego wyrzutu:
„Nie żal Ci czasu?
Każda chwila jest kroplą wieczności.
Życie mgnieniem jej oka.
Tyle jest spraw arcyważnych”.

Odszedłem zawstydzony
I przez dzień cały myślałem
O życiu i o śmierci,
O Sokratesie
I nieśmiertelności duszy,
O piramidach i pszenicy egipskiej,
O rzymskim Forum i księżycu,
O mamucie i wieży Eiffla…
Ale nic z tego nie wyszło.

Wróciwszy nazajutrz
Na to samo miejsce,
Ujrzałem nad stawem,
Pokrytym grubym zielonym kożuchem,
Mędrca z czołem wygładzonym,
Który spokojnie,
Porzuconą przeze mnie gałęzią,
Zgarniał z powierzchni wody rzęsę
I odprowadzał do odpływu.

Wkoło szumiały cicho drzewa,
W gałęziach śpiewały ptaki.

S. Heaney, Exposure (Bez osłony)

Exposure

It is December in Wicklow:
Alders dripping, birches
Inheriting the last light,
The ash tree cold to look at.

A comet that was lost
Should be visible at sunset,
Those million tons of light
Like a glimmer of haws and rose-hips,

And I sometimes see a falling star.
If I could come on meteorite!
Instead I walk through damp leaves,
Husks, the spent flukes of autumn,

Imagining a hero
On some muddy compound,
His gift like a slingstone
Whirled for the desperate.

How did I end up like this?
I often think of my friends’
Beautiful prismatic counselling
And the anvil brains of some who hate me

As I sit weighing and weighing
My responsible tristia.
For what? For the ear? For the people?
For what is said behind-backs?

Rain comes down through the alders,
Its low conductive voices
Mutter about let-downs and erosions
And yet each drop recalls

The diamond absolutes.
I am neither internee nor informer;
An inner йmigrй, grown long-haired
And thoughtful; a wood-kerne

Escaped from the massacre,
Taking protective colouring
From bole and bark, feeling
Every wind that blows;

Who, blowing up these sparks
For their meagre heat, have missed
The once-in-a-lifetime portent,
The comet’s pulsing rose.

 

Bez osłony

Grudzień w Wicklow: przemokłe
Olchy, brzezina przejmuje
W spadku ostatek światła,
Jesion przenika wzrok zimnem

Zbłąkana kometa powinna
Pokazać się o zachodzie,
Ten milion ton światła, jak migot
Owoców dzikiej róży:

Widzę przecież czasem spadającą
Gwiazdę. Gdyby niósł mnie meteoryt!
Nie: brnę tylko przez wilgoć liści,
Łupin, strzał zużytych przez jesień,

W wyobraźni widząc bohatera
Na błotnistym, ogrodzonym placu:
Jego dar jest jak kamień z procy,
Tej broni zdesperowanych.

Jak się stało, że jestem tu, taki?
Myślę często o pięknych pryzmatach
rad przyjaciół, o kowadłach mózgów
Innych, tych co mnie nienawidzą,

Gdy siedzę i ważę bez końca
Tristia mojej odpowiedzialności
Wobec czego? Ucha? Narodu?
Tego, co się mówi za plecami?

Deszcz przecieka przez liście olch
I choć jego wielogłosy podszept
Szemrze coś o sprawionych zawodach,
O erozjach – jednak każda kropla

Przywołuje diament absolutu.
Ani więzień ani konfident,
Lecz wewnętrzny emigrant, zapuszczam
Długie włosy i sondy w głąb siebie;

Piechur, który umknął z rzezi w lasy
I przejmuje barwy ochronne
Od konarów i kory, czujący
Każdy podmuch wiatru – tym jestem,

Kimś, kto, rozdmuchując te iskry,
By choć trochę się ogrzać, przeoczył
Dany tylko raz w życiu znak,
Pulsującą różę komety.

(przeł. Stanisław Barańczak)

QUOD POTUI, FECI, czyli o powinnościach, patosie i okruchach piękna…

      W związku z tym, iż 13 kwietnia obchodziliśmy 77 rocznicę urodzin irlandzkiego poety Seamusa Heaney’a, postanowiłem po raz kolejny zajrzeć do zbioru jego esejów pt. Zawierzyć poezji[1],  i do jednego z wierszy tamże umieszczonych, który niegdyś „głęboko” zapadł mi w pamięci.  Użyty przeze mnie cudzysłów w słowie głęboki, wiąże się z tym, iż wiersz pt. Bez osłony (Exposure), do dziś wydaje mi się bardzo mglisty, a jednocześnie ważny i „mocny”. Nie mam zamiaru w tym miejscu wyłuszczać ukrytych warstw i znaczeń.  Napiszę tylko, iż jednym z pytań jakie stawia przede mną wiersz Exposure: jest pytanie o zaangażowanie poety w sprawy bieżące, w politykę, społeczeństwo etc.   Chciałbym również zaznaczyć, iż wiersz ten umieszczony został w pewnym nietypowym kontekście, a mianowicie znalazł się w mowie wygłoszonej przez Heaney’a z okazji przyjęcia przez Niego Literackiej Nagrody Nobla i stanowi swoisty komentarz do niego.
Kilka dni po tym jak świętowałem z Heaney’em kolejną rocznicę jego urodzin, spotkałem niespodziewanie na drodze Zygmunta Kubiaka, który w swoich klasycznych dłoniach trzymał Brewiarz Europejczyka[2], a w nim m.in.: esej Pisarz Polski,  traktujący o Janie Parandowskim.  Kiedy Kubiak mówił o Parandowskim (a dalej także o L. Staffie), zwraca uwagę na Jego milczenie, a także bezsilność jednostki, na patos i dostarczanie okruchów piękna. Po czym Kubiak przytoczył wiersz Staffa pt. Rzęsa (z tomu Wiklina), który w sposób ciekawy, moim skromnym zdaniem, koreluje z Bez osłony.   Zresztą oceńcie sami:

Exposure

It is December in Wicklow:
Alders dripping, birches
Inheriting the last light,
The ash tree cold to look at.

A comet that was lost
Should be visible at sunset,
Those million tons of light
Like a glimmer of haws and rose-hips,

And I sometimes see a falling star.
If I could come on meteorite!
Instead I walk through damp leaves,
Husks, the spent flukes of autumn,

Imagining a hero
On some muddy compound,
His gift like a slingstone
Whirled for the desperate.

How did I end up like this?
I often think of my friends’
Beautiful prismatic counselling
And the anvil brains of some who hate me

As I sit weighing and weighing
My responsible tristia.
For what? For the ear? For the people?
For what is said behind-backs?

Rain comes down through the alders,
Its low conductive voices
Mutter about let-downs and erosions
And yet each drop recalls

The diamond absolutes.
I am neither internee nor informer;
An inner йmigrй, grown long-haired
And thoughtful; a wood-kerne

Escaped from the massacre,
Taking protective colouring
From bole and bark, feeling
Every wind that blows;

Who, blowing up these sparks
For their meagre heat, have missed
The once-in-a-lifetime portent,
The comet’s pulsing rose.

Bez osłony

Grudzień w Wicklow: przemokłe
Olchy, brzezina przejmuje
W spadku ostatek światła,
Jesion przenika wzrok zimnem

Zbłąkana kometa powinna
Pokazać się o zachodzie,
Ten milion ton światła, jak migot
Owoców dzikiej róży:

Widzę przecież czasem spadającą
Gwiazdę. Gdyby niósł mnie meteoryt!
Nie: brnę tylko przez wilgoć liści,
Łupin, strzał zużytych przez jesień,

W wyobraźni widząc bohatera
Na błotnistym, ogrodzonym placu:
Jego dar jest jak kamień z procy,
Tej broni zdesperowanych.

Jak się stało, że jestem tu, taki?
Myślę często o pięknych pryzmatach
rad przyjaciół, o kowadłach mózgów
Innych, tych co mnie nienawidzą,

Gdy siedzę i ważę bez końca
Tristia mojej odpowiedzialności
Wobec czego? Ucha? Narodu?
Tego, co się mówi za plecami?

Deszcz przecieka przez liście olch
I choć jego wielogłosy podszept
Szemrze coś o sprawionych zawodach,
O erozjach – jednak każda kropla

Przywołuje diament absolutu.
Ani więzień ani konfident,
Lecz wewnętrzny emigrant, zapuszczam
Długie włosy i sondy w głąb siebie;

Piechur, który umknął z rzezi w lasy
I przejmuje barwy ochronne
Od konarów i kory, czujący
Każdy podmuch wiatru – tym jestem,

Kimś, kto, rozdmuchując te iskry,
By choć trochę się ogrzać, przeoczył
Dany tylko raz w życiu znak,
Pulsującą różę komety.
(przeł. Stanisław Barańczak)

Rzęsa

W starym, zapuszczonym parku
Stałem nad stawem
Pokrytym grubym kożuchem rzęsy.
Myśląc,
Że woda była tu niegdyś przejrzysta
I dziś by być taka powinna,
Podjętą z ziemi suchą gałęzią
Zacząłem zgarniać zieloną patynę
I odprowadzać do odpływu.

Zastał mnie przy tym zajęciu
Mędrzec spokojny
O czole myślą rozciętym
I rzekł z łagodnym uśmiechem
Pobłażliwego wyrzutu:
„Nie żal Ci czasu?
Każda chwila jest kroplą wieczności.
Życie mgnieniem jej oka.
Tyle jest spraw arcyważnych”.

Odszedłem zawstydzony
I przez dzień cały myślałem
O życiu i o śmierci,
O Sokratesie
I nieśmiertelności duszy,
O piramidach i pszenicy egipskiej,
O rzymskim Forum i księżycu,
O mamucie i wieży Eiffla…
Ale nic z tego nie wyszło.

Wróciwszy nazajutrz
Na to samo miejsce,
Ujrzałem nad stawem,
Pokrytym grubym zielonym kożuchem,
Mędrca z czołem wygładzonym,
Który spokojnie,
Porzuconą przeze mnie gałęzią,
Zgarniał z powierzchni wody rzęsę
I odprowadzał do odpływu.

Wkoło szumiały cicho drzewa,
W gałęziach śpiewały ptaki.

 

[1] Por. S. Heaney, Zawierzyć poezji, wybór i opracowanie S. Barańczak, Kraków 1996.

[2] Por. Z. Kubiak, Brewiarz Europejczyka, Warszawa 1999.