Guguły – Wioletta Grzegorzewska

Zbiór opowiadań Wioletty Grzegorzewskiej znalazł się w ścisłym finale Literackiej Nagrody Nike 2015 oraz otrzymał nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. W stosunkowo skromnym objętościowo zbiorze autorka zawarła krótkie opowiadania dotyczące okresu dojrzewania w niewielkiej wsi pod Siewierzem. W Hektarach, bo tam toczy się akcja większości opowieści, Wiola zdobywa pierwsze doświadczenia. Odejście, śmierć, rytuały domowe i lokalne tradycje, przesądy, zamierzchłe tradycje, szkolne wydarzenia oraz zmienne zapachy przyrody.

Opowiadania nie narzucają się czytelnikowi i nie próbują przekonać go do przedstawianego świata. Teksty się dzieją i płyną często niepozornie, dotycząc spraw bardzo zwyczajnych, powtarzalnych i monotonnych, typowych dla życia na wsi w końcówce lat 70 i w latach 80. Sentyment snuje się dookoła tych opowiadań, ale nie dominuje nad treścią, zderzając się z konkretem.

Przyjaciel kot, szalona pasja zbierania etykiet zapałczanych a potem..złomu, wąchanie kleju, wyjazd z babką na targ do Myszkowa i drużbowanie na weselu. Klimaty i zdarzenia bliskie każdemu, kto dorastał w podobnym czasie na wsi

guguly_1

Siła tych opowiadań w największym zakresie wynika z języka – niespecjalnie metaforyzowanego ale silnie umiejscowionego w prozie poetyckiej. Autorka zderza prozę życia z poetycką próbą wtargnięcia głębiej pod podszewkę tego co zwyczajne i pospolite. Na tym płynnym pograniczu snują się te krótkie opowieści, subiektywne w spojrzeniu, ale nie pozbawione znaków czytelnych dla rówieśników autorki.

Czytaj dalej

Bez dostępu do źródła pozostanie nam barbarzyństwo?!

Recenzja Końca Renesansu Mikołaja Bierdiajewa,

 BEZ-DOSTPU-DO-RDA
Bierdiajew nie pisze jak filozof. Nie przeprowadza chłodnej, intelektualnej argumentacji. Bez umiejętności odniesienia się do rzeczywistości wiary, czytelnik może nie odnaleźć się w jego diagnozie rytmu historii. Jednak autorowi zależy mu na przypodobaniu się czytelnikowi i ułatwianiu mu lektury. Głosi swoje poglądy nie oglądając się na publiczność. Wydaję się pewny tego, że trafi do tych, do których ma trafić. I to mu wystarczy. Pisze w sposób profetyczny. A prorocy muszą być dogmatyczni, bo kto, jak kto, ale oni właśnie znają i głoszą prawdę. Należy jednak pamiętać, że nie każdy, który głosi, lub  z którego się śmieją, jest prawdziwym prorokiem. Do każdego proroctwa trzeba podchodzić ostrożnie, krytycznie. Dopiero po rozeznaniu można proroctwo przyjąć lub odrzucić.

Gdyby ktoś kazał mi stworzyć nośne hasło, dla poglądów Bierdiajewa, coś w stylu Końca historii Francisa Fukujamy, Zmierzchu zachodu Oswalda Spenglera, czy Zderzenia Cywilizacji Samuela Huntingtona, wybrałabym wtedy takie hasło: Bez dostępu do źródła pozostanie nam barbarzyństwo. Z tego hasła wynikają dwa pytania:

Czym jest barbarzyństwo? Czym jest źródło?

Więc czym jest owo barbarzyństwo? Rozpoznawać jego duszący zapach uczy Jose Ortega Y Gaset w Buncie Mas; Ci, którzy należą do Mas są barbarzyńcami. Masa to zbiorowisko ludzi,  którzy: nie stawiają sobie żadnych wyraźnych wymagań, dla których żyć to pozostawać takim, jakim się jest, bez podejmowania jakiegokolwiek wysiłku w celu samodoskonalenia to płynąć jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim. Umysły przeciętne i banale, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym. Masa miażdży na swojej drodze wszystko[1]. Charakterystycznym rysem Mas jest brak indywidualności. Podkreśla to Bierdiajew: Wywodząca się od Renesansu historia współczesna rozwinęła indywidualizm, który jednak zniszczył indywidualność człowieka i spowodował rozkład jego osobowości(…) Indywidualizm wyjałowił ludzką indywidualność, pozbawił osobowość formy i treści, spowodował jej rozbicie. Obowiązuje bowiem ogólne prawo, że ludzka indywidualność jedynie wówczas jest silna kwitnąca i trwała kiedy wchłania wartości ponadindywidualne i nadludzkie, kiedy im się podporządkowuje.(…) Indywidualizm czyni bezprzedmiotowym cały sens ludzkiej woli i indywidualności, która odtąd zostanie ukierunkowana nicość i pozbawiona celu[2]. Bycie członkiem Masy, bycie barbarzyńcą oznacza jednak także cierpienie i samotność. Człowiek-barbarzyńca staje się monadą Leibniza: Humanizm rozpatrywał człowieka poza konkretnością, pozbawionego więzi duchowych, jakby chodziło o atom, z natury zamknięty sam w sobie[3].

Simone Weil widzi w starożytnym Rzymie czysty symbol barbarzyństwa. Rzym bez wahania zniszczył ducha Grecji. Barbarzyństwo jest przez nią rozumiane jako podbijanie słabszych, jako wykorzystywanie własnej siły i przewagi. Jest w barbarzyństwie jakaś niemożność powstrzymania się od wykorzystania własnej przewagi. Bierze się to według Weil z niezdyscyplinowania ducha. Bierdiajewa by powiedział: martwego ducha. Ale także niemożność ta wypływa z odcięcia od łaski. To łaska jest źródłem dla Bierdiajewa: Abstrakcyjny humanizm oznacza zerwanie z łaską i jej negacje, podczas gdy życie jest de facto konkretne jedynie w łasce, życie poza łaską jest abstrakcyjne[4]. Weil twierdzi, że przemoc, której dopuszcza się silniejszy nad słabszym, jest czymś naturalnym, przerwać to może jedynie interwencja łaski. Człowiek sam z siebie jest za słaby, żeby pokonać ten mechanizm.

Proces wysychania źródła, w sensie odcięcia się od niego z powodu wolnego wyboru człowieka, zaczyna się w Renesansie. Okres ten był konieczny, jako początek humanizmu: doświadczenie humanizmu ma pozytywny sens, dotyczy bowiem przeznaczenia człowieka. Człowiek musiał przejść przez to doświadczenie, musiał przejść przez okres wolności i w wolny sposób przyjąć Boga. W tym tkwi sens humanizm[3]. Od tego momentu zaczyna się coraz pewniejsze odchodzenie od Boga, duchowości i życia religijnego. Człowiek chce wyzwolić się z więzów własnej grzeszności. Chce być panem swojego życia. Wykorzystuje wolną wolę aż do końca. Sfera ducha zostaje wyrzucona na obrzeża życia. Sacrum przechodzi w Profanum. Człowiek wchodzi w coraz większą ciemność, bo odrzuca duchowość,  która jest życiodajnym źródłem, bez którego obumiera. Ludzkość zanurza się w życiu naturalnym, nieświadoma, że traci kontakt z czymś fundamentalnym. Siły naturalne mają swoje granice, wiara człowieka w siebie pociąga za sobą jego upadek, gdyż wiąże się z odrzuceniem fundamentalnych źródeł życia. Człowiek oderwany od swojej istoty duchowej opiera swoje życie na fantomach daje mamić iluzorycznym dobrom. Trzeba jasno powiedzieć, że człowiek w swojej egzystencji doczesnej, ograniczonej i względnej, tylko wtedy jest zdolny do tworzenia piękna i do doskonałości, kiedy wierzy w inne życie – w życie istoty nieograniczonej, absolutnej i nieśmiertelnej. Jeśli człowiek żyje tylko doczesnością, jego siły twórcze obumierają, mimo że osiąga on zadowolenie oraz staje się próżny i powierzchowny. Jedynie człowiek ducha może być prawdziwym twórcą, gdyż czerpie z nieskończoności i wieczności. Humanizm odrzucił człowieka duchowego, poświęcił wieczność na rzecz doczesności i ograniczył się wyłącznie do spraw ziemskich[5].

Czym jest, więc tak naprawdę to źródło, bez którego nie ma życia? Bez którego nic nie ma sensu? Jest Bogiem. Ale według Bierdiajewa Bogiem Kościoła Katolickiego. To bez Boga człowiek upada w barbarzyństwo, traci ducha. Problem źródła, wybijał w filozofii wiele razy, nie zawsze jednak nazywany po imieniu. Wystarczy odnieść się do Kryzysu Europejskiego Człowieczeństwa a Filozofii Edmunda Husserla. Pisał w nim, że nauki przyrodnicze zapomniały skąd pochodzą, ogłosiły całkowita autonomię spod nauk humanistycznych. Na czym polega Kryzys Europejskiego Człowieczeństwa? Kryzysem jest przyjęcie paradygmatów naturalizmu „naiwnego obiektywizmu” i „zbłąkanego racjonalizmu”. Przyjęcie tylko dwóch możliwości oparcia wiedzy na doświadczeniu lub na rozumie(jako namyśle abstrakcyjnym) i wreszcie odrzucenie drogi trzeciej, którą jest duch. Największym problemem jest odrzucenie duchowości, i to jest główną przyczyną kryzysu człowieczeństwa.

Za pewien klucz, który pozwala zrozumieć konsekwencję braku źródła, możemy użyć Kubizm. Fragmentaryzacja rzeczywistego przedmiotu w obrazie, który go przedstawia. Pragnienie zobaczenia przedmiotu z każdej strony w jednym momencie, całkowicie wbrew naturze, powoduje zniszczenie tożsamości przedmiotu. Tak samo i człowiek rozpada się na obce sobie części, kiedy traci źródło. Jakby go ktoś malował w kubistycznym nurcie. To właśnie dezintegracja jest tym, co zamienia człowieka w barbarzyńcę. Człowiek, który utracił własną tożsamość przestaje być ludzki.

Radykalizm Bierdiajewa, jest dla mnie trudny do przyjęcia. Jest nadzieja, życie może się odrodzić. Człowiek może zostać uzdrowiony przez powrót do źródła. Jednak jest tylko jedna droga odrodzenia duchowego. Katolicyzm. I tylko jedna metoda asceza. Potrafię przyjąć wiele z proroctwa Bierdiajewa, większość z tego co napisał w Końcu Renesansu jest mi bardzo bliskie, ale ten dogmat odrzucam. Wierzę, że każda religia, każda droga duchowa, przeżywana autentycznie, może prowadzić do przemiany człowieka, i przemiany całej kultury, społeczeństwa. Ludzie od zawsze we własnej kulturze i we własnej religii osiągali „wyzwolenie” duchowe różnie rozumiane. Duchowość ma być wolną przestrzenią gdzie dokonuję się transcendencja pojedynczego człowieka. Tu nie chodzi o potrzebę wyznawania jednej religii, tu chodzi o potrzebę autentycznego prowadzenia życia duchowego i to jest klucz do odrodzenia. Postulat ascezy jako metody, jest jakimś nieporozumieniem, wydaję się, że postulat mistycyzmu, który odczytuję w Końcu Renesansu również. Byłaby to jakaś Utopia. Istotą ascezy i mistycyzmu jest ich nieosiągalność dla większości. Nie jest to na pewno droga dla przeciętnego człowieka, który ma jednak w sobie potencjał duchowy do rozwinięcia. W Jagasutrach Patandżalego jest wyraźne ostrzeżenie, że jeśli asceza ci nie służy, nie praktykuj jej, bo poczynisz więcej szkód niż pożytku. Znajdź swoją drogę wyzwolenia. Religie wschodu zawsze to podkreślały: każdy człowiek ma własną drogę duchowego rozwoju i jest to jedna z najświętszych prawd i praw życia duchowego.

Judyta

[1] Ortega y Gasset José: Bunt Mas, Muza, Warszawa 2002
[2] Mikołaj Bierdiajew: Koniec Renesansu. Przyczynek do kryzysu współczesnej kultury [w:] Mikołaj Bierdiajew: Nowe średniowiecze Los Człowieka we współczesnym świecie, FUNDACJA ALETHEIA, Warszawa 2003.
[3]  Ibidem
[4] Ibidem
[5] Ibidem

12. Sosnowieckie Dni Literatury 2016

Sosnowieckie Dni Literatury 2016 rozpoczną się już 10 maja i potrwają do 3 czerwca.

Wśród tegorocznych wydarzeń, nie zabraknie spotkań z poezją:

Łukasz Jarosz
16 maja
(poniedziałek), godz. 18.00, Czytelnia Biblioteki Głównej
promocja książki „Kardonia i Faber”
prowadzenie spotkania – Wojciech Brzoska

Rozmowy (nie tylko) o literaturze  „Czy poezja jest nam dzisiaj potrzebna?”
30 maja
(poniedziałek), godz. 18.00, Aula Biblioteki Głównej
Spotkanie z udziałem prof. zw. dra hab. Piotra Fasta, prof. zw. dra hab. Mariana Kisiela, prof. zw. dra hab. Krzysztofa Kłosińskiego

więcej informacji znaleźć można pod adresem:
http://www.silesiakultura.pl/r/miasta/sosnowiec/sosnowiec/12-sosnowieckie-dni-literatury-2016

12.-sdl

 

HYDOR-AQUA-le EAU, czyli trzej poeci i woda.

nad wodą wielką

W przeciągu (w przypływie) ostatniego miesiąca przyleciały (przypłynęły) do mnie dwa tomiki wierszy – śląskich, dojrzałych poetów: Grzegorza Kielara „węzły, węzełki”,
i  Andrzeja Kanclerza „Mapa czasu”. Ponadto kilka wierszy nie-śląskiego poety: Marcina Królikowskiego z Warszawy.  Pod wpływem „tajemniczego” impulsu, spośród kilkudziesięciu wierszy tychże poetów, wybrałem trzy, które traktują co nieco o WODZIE: Kielara „nitki, sznurki, klamerki”, Królikowskiego „Panta rhei”, Kanclerza „Życie wyszło z wody”.

Nitki, sznurki, klamerki (G. Kielar)

nie zakochuj się w przelatującym
gołębiu nie lgnij nie przywieraj
tak blisko nie przywiązuj się odpuść
te wszystkie nitki sznurki klamerki
tego i tak nie da się złożyć nie tu
do siebie nie pasuje

Elizjum jest teraz gdzie indziej
w innym pokoju na innej ulicy
pod innym niebem

nie do uniesienia ta miłość
te oczy łagodne jak kołysanka
nie do zniesienia ten popękany
sufit skurcz serca i grzechotka
pamięci

nie jesteś jednak do końca sam
zawsze możesz liczyć na swoją
samotność
ale przedtem zrób coś z tymi
nitkami sznurkami i klamerkami
z tymi węzłami węzełkami
najlepiej popuść poluzuj
poodpinaj

potem weź porządny łyk z chłodnej
Lete i zanurz się
po szyję

Panta rhei (M. Królikowski)

W błogosławieństwie burz na morzu się ocknąłem
Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali.
Arthur Rimbaud, Statek Pijany

Nie szukaj mnie w tym mieście, jestem znacznie dalej,
coraz oszczędniej piszę, wyprzedaję książki,
coraz więcej miejsca robię dla uchodźców
w wierszach.

Przyglądam się szafkom i widzę szalupy,
wyrzucam z nich wszystko, co może spowolnić
podróż, dokumenty, walizki, rozchodzone buty,
słoiki – te jednak zostawię, bo mogą się przydać
na listy, kiedy zniknie zasięg.

Wywożę nad rzekę szklanki i talerze,
to co będzie dryfować i jest niewywrotne,
jestem coraz lżejszy, odzyskałem przestrzeń,
mam nową świadomość, trzy puste pokoje –
wszystko żeby płynąć.

Panta rhei, żegnaj stary świecie,
nie szukaj mnie w tym mieście, jestem znacznie dalej,
odkręciłem krany i kulę się w wannie.

(uchodź.com dedykuję)

Życie wyszło z wody (A. Kanclerz)

życie wyszło z wody
gramoląc się z wanny
nagie stanęło przed bogiem
w lustrze

wygnane na wschód
od edenu do baru paradizo
włóczyło się z łososiami
pod prąd

próba zapisu pierwszego
skończyła się fiaskiem
gdy patyk na piasku
skreślił słowo dusza

kolejne niewiele znaczące
słowa pojemniki
plastikowe butelki
odnajdowało na wysypisku

wspinało się na tę górę śmieci
słów która rosła i rosła
unosząc je na wysokość
zetknięcia się wskazujących palców

 

 

 

QUOD POTUI, FECI, czyli o powinnościach, patosie i okruchach piękna.

W związku z tym, iż 13 kwietnia obchodziliśmy 77 rocznicę urodzin irlandzkiego poety Seamusa Heaney’a, postanowiłem po raz kolejny zajrzeć do zbioru jego esejów pt. Zawierzyć poezji[1], i do jednego z wierszy tamże umieszczonych, który niegdyś „głęboko” zapadł mi w pamięci.  Użyty przeze mnie cudzysłów w słowie głęboki, wiąże się z tym, iż wiersz pt. Bez osłony (Exposure), do dziś wydaje mi się bardzo mglisty, a jednocześnie ważny i „mocny”. Nie mam zamiaru w tym miejscu wyłuszczać ukrytych warstw i znaczeń.  Napiszę tylko, iż jednym z pytań jakie stawia przede mną wiersz Exposure: jest pytanie o zaangażowanie poety w sprawy bieżące, w politykę, społeczeństwo etc.   Chciałbym również zaznaczyć, iż wiersz ten umieszczony został w pewnym nietypowym kontekście, a mianowicie znalazł się w mowie wygłoszonej przez Heaney’a z okazji przyjęcia przez Niego Literackiej Nagrody Nobla i stanowi swoisty komentarz do niego.
Kilka dni po tym jak świętowałem z Heaney’em kolejną rocznicę jego urodzin, spotkałem niespodziewanie na drodze Zygmunta Kubiaka, który w swoich klasycznych dłoniach trzymał Brewiarz Europejczyka[2], a w nim m.in.: esej Pisarz Polski,  traktujący o Janie Parandowskim.  Kiedy Kubiak mówił o Parandowskim (a dalej także o L. Staffie), zwracał uwagę na ich milczenie, a także bezsilność jednostki, na patos i dostarczanie okruchów piękna. Po czym Kubiak przytoczył wiersz Staffa pt. Rzęsa (z tomu Wiklina), który w sposób ciekawy, moim skromnym zdaniem, koreluje z Bez osłony.   Zresztą oceńcie sami:

Exposure (S. Heaney)

It is December in Wicklow:
Alders dripping, birches
Inheriting the last light,
The ash tree cold to look at.

A comet that was lost
Should be visible at sunset,
Those million tons of light
Like a glimmer of haws and rose-hips,

And I sometimes see a falling star.
If I could come on meteorite!
Instead I walk through damp leaves,
Husks, the spent flukes of autumn,

Imagining a hero
On some muddy compound,
His gift like a slingstone
Whirled for the desperate.

How did I end up like this?
I often think of my friends’
Beautiful prismatic counselling
And the anvil brains of some who hate me

As I sit weighing and weighing
My responsible tristia.
For what? For the ear? For the people?
For what is said behind-backs?

Rain comes down through the alders,
Its low conductive voices
Mutter about let-downs and erosions
And yet each drop recalls

The diamond absolutes.
I am neither internee nor informer;
An inner йmigrй, grown long-haired
And thoughtful; a wood-kerne

Escaped from the massacre,
Taking protective colouring
From bole and bark, feeling
Every wind that blows;

Who, blowing up these sparks
For their meagre heat, have missed
The once-in-a-lifetime portent,
The comet’s pulsing rose.

Bez osłony (S. Heaney)

Grudzień w Wicklow: przemokłe
Olchy, brzezina przejmuje
W spadku ostatek światła,
Jesion przenika wzrok zimnem

Zbłąkana kometa powinna
Pokazać się o zachodzie,
Ten milion ton światła, jak migot
Owoców dzikiej róży:

Widzę przecież czasem spadającą
Gwiazdę. Gdyby niósł mnie meteoryt!
Nie: brnę tylko przez wilgoć liści,
Łupin, strzał zużytych przez jesień,

W wyobraźni widząc bohatera
Na błotnistym, ogrodzonym placu:
Jego dar jest jak kamień z procy,
Tej broni zdesperowanych.

Jak się stało, że jestem tu, taki?
Myślę często o pięknych pryzmatach
rad przyjaciół, o kowadłach mózgów
Innych, tych co mnie nienawidzą,

Gdy siedzę i ważę bez końca
Tristia mojej odpowiedzialności
Wobec czego? Ucha? Narodu?
Tego, co się mówi za plecami?

Deszcz przecieka przez liście olch
I choć jego wielogłosy podszept
Szemrze coś o sprawionych zawodach,
O erozjach – jednak każda kropla

Przywołuje diament absolutu.
Ani więzień ani konfident,
Lecz wewnętrzny emigrant, zapuszczam
Długie włosy i sondy w głąb siebie;

Piechur, który umknął z rzezi w lasy
I przejmuje barwy ochronne
Od konarów i kory, czujący
Każdy podmuch wiatru – tym jestem,

Kimś, kto, rozdmuchując te iskry,
By choć trochę się ogrzać, przeoczył
Dany tylko raz w życiu znak,
Pulsującą różę komety.

(przeł. Stanisław Barańczak)

Rzęsa (L. Staff)

W starym, zapuszczonym parku
Stałem nad stawem
Pokrytym grubym kożuchem rzęsy.
Myśląc,
Że woda była tu niegdyś przejrzysta
I dziś by być taka powinna,
Podjętą z ziemi suchą gałęzią
Zacząłem zgarniać zieloną patynę
I odprowadzać do odpływu.

Zastał mnie przy tym zajęciu
Mędrzec spokojny
O czole myślą rozciętym
I rzekł z łagodnym uśmiechem
Pobłażliwego wyrzutu:
„Nie żal Ci czasu?
Każda chwila jest kroplą wieczności.
Życie mgnieniem jej oka.
Tyle jest spraw arcyważnych”.

Odszedłem zawstydzony
I przez dzień cały myślałem
O życiu i o śmierci,
O Sokratesie
I nieśmiertelności duszy,
O piramidach i pszenicy egipskiej,
O rzymskim Forum i księżycu,
O mamucie i wieży Eiffla…
Ale nic z tego nie wyszło.

Wróciwszy nazajutrz
Na to samo miejsce,
Ujrzałem nad stawem,
Pokrytym grubym zielonym kożuchem,
Mędrca z czołem wygładzonym,
Który spokojnie,
Porzuconą przeze mnie gałęzią,
Zgarniał z powierzchni wody rzęsę
I odprowadzał do odpływu.

Wkoło szumiały cicho drzewa,
W gałęziach śpiewały ptaki.

[1] Por. S. Heaney, Zawierzyć poezji, wybór i opracowanie S. Barańczak, Kraków 1996.

[2] Por. Z. Kubiak, Brewiarz Europejczyka, Warszawa 1999.