Guguły – Wioletta Grzegorzewska

Zbiór opowiadań Wioletty Grzegorzewskiej znalazł się w ścisłym finale Literackiej Nagrody Nike 2015 oraz otrzymał nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. W stosunkowo skromnym objętościowo zbiorze autorka zawarła krótkie opowiadania dotyczące okresu dojrzewania w niewielkiej wsi pod Siewierzem. W Hektarach, bo tam toczy się akcja większości opowieści, Wiola zdobywa pierwsze doświadczenia. Odejście, śmierć, rytuały domowe i lokalne tradycje, przesądy, zamierzchłe tradycje, szkolne wydarzenia oraz zmienne zapachy przyrody.

Opowiadania nie narzucają się czytelnikowi i nie próbują przekonać go do przedstawianego świata. Teksty się dzieją i płyną często niepozornie, dotycząc spraw bardzo zwyczajnych, powtarzalnych i monotonnych, typowych dla życia na wsi w końcówce lat 70 i w latach 80. Sentyment snuje się dookoła tych opowiadań, ale nie dominuje nad treścią, zderzając się z konkretem.

Przyjaciel kot, szalona pasja zbierania etykiet zapałczanych a potem..złomu, wąchanie kleju, wyjazd z babką na targ do Myszkowa i drużbowanie na weselu. Klimaty i zdarzenia bliskie każdemu, kto dorastał w podobnym czasie na wsi

guguly_1

Siła tych opowiadań w największym zakresie wynika z języka – niespecjalnie metaforyzowanego ale silnie umiejscowionego w prozie poetyckiej. Autorka zderza prozę życia z poetycką próbą wtargnięcia głębiej pod podszewkę tego co zwyczajne i pospolite. Na tym płynnym pograniczu snują się te krótkie opowieści, subiektywne w spojrzeniu, ale nie pozbawione znaków czytelnych dla rówieśników autorki.

Czytaj dalej

Reklamy

Demon ruchu i inne opowiadania – Stefan Grabiński

Twórczość Stefana Grabińskiego od pewnego czasu przeżywa drugą młodość, choć nawet ta pierwsza nie była jakaś nadzwyczajna. „Ojciec polskiej literatury grozy” był zafascynowany twórczością Edgara Allana Poe a tym samym również w jego pisarstwie można znaleźć wiele odniesień do sławnego poprzednika. W listopadzie tego roku minie 80 rocznica śmierci pisarza nazywanego „polskim Poe” a nawet „polskim Lovecraftem”. Stosunkowo niewielka popularność autora przed wojną i powojenne zapomnienie, mogło wynikać z faktu, iż przewagę (a tym samym większą promocję i nakłady) miała literatura zaangażowana społecznie i politycznie, a tym samym cenniejsza i ważniejsza niż groza czy horror. Z kolei po wojnie, opowieści grozy były zapewne niewygodne dla władzy, która przecież zaciekle walczyła z zabobonem i wiarą w istoty nadprzyrodzone.

Największą popularnością cieszyły się opowiadania Grabińskiego. Z tego też względu zapoznałem się z pięknie wydaną kompilacją „Demon ruchu i inne opowiadania”, w której znaleźć można teksty pierwotnie opublikowane w zbiorach „Demon ruchu” oraz w „Księdze ognia” a także innych (m.in. „Problemat Czelawy”, „W domu Sary”, „Projekcje”).

demon

W „opowiadaniach kolejowych”, bo tak można ogólnie nazwać teksty połączone mianem „demona ruchu” Grabiński przybliża (a może lepiej byłoby powiedzieć) poszukuje tajemnicy i irracjonalnej strony rzeczywistości w błędnych pociągach, ślepych torach, krańcowych stacjach, dziwnych sygnałach i zdarzeniach na wijących się wśród pól i lasów, torów kolejowych. Tym samym, wynosi strachy ze starych zamków i cmentarzy, ku symbolowi nowoczesności – pędzącym pociągom i manii prędkości. Co ciekawe, oprócz jednego, dość dokładnie opisanego Smolucha w opowiadaniach nie ma żadnych innych potworów czy zjaw. Fragment opowiadania „Smoluch”, w postaci motta, pojawia się również w jednym z opowiadań Łukasza Orbitowskiego.

Autor zdaje się wskazywać na nieokreśloną, nieuchwytną siłę, która kieruje ludzi ku zgubie, jakimś fatum zaklętym w prędkości i lokomotywach. Sama treść opowiadań nie jest raczej w stanie przestraszyć współczesnego czytelnika, teksty zawierają zapomniane już słowa, zwroty i dawną terminologię kolejową, którą autor precyzyjnie się posługuje.

Nieco inny charakter mają późniejsze opowiadania wybrane z „Księgi ognia”. Zagrożenie i groza są tutaj bardziej namacalne – Biały wyrak gnieżdżący się w starych kominach, Czerwona Magda – nieświadomie opętana przez ogień córka sierżanta straży ogniowej czy też Żywiołaki – bliżej nieokreślone stwory ognia. Zło się tutaj w pewnym sensie materializuje, choć nawet jak w przypadku Białego wyraka, ulega dematerializacji. Ciekawym wyznacznikiem twórczości Grabińskiego jest fakt, iż czytelnik po lekturze wielu opowiadań nie ma żadnej pewności, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy też bohater (lub bohaterowie) ulegli narastającej fobii lub obłędowi. Wątek obłąkania można tutaj odnieść do twórczości Lovecrafta.

Tak się dzieje np. w przypadku „Pożarowiska”, czyli uroczego miejsca do zamieszkania na wzgórzu wśród sosen i jodeł, na którym jednak, raz za razem, budynki ulegają pożarowi. Złe miejsce? Urok? a może po prostu zwykła nieostrożność mieszkańców lub podwyższona ilość tlenu w powietrzu sprzyjała takim zdarzeniom? Pisarz tym samym podaje rękę racjonalnemu czytelnikowi.

W podobny sposób można odebrać „Projekcje”, opowiadanie w którym pewien inżynier (a więc człowiek racjonalny) spisuje pamiętnik ze swoich wypraw do pobliskiego, opuszczonego klasztoru żeńskiego. Stopniowo poznaje jego tajemnice a zarazem doznaje projekcji cieniów pewnych przedmiotów i postaci na ścianie własnego gabinetu. Ostatecznie dochodzi do tragedii a czytelnik nie wie – prawda to czy rojenia chorej głowy. Takie opowiadania jak „Saturnin Sektor”, „Dziwna stacja” czy „Ślepy tor” zdradzają także filozoficzne inklinacje autora.

Inną, ulubioną problematyką Grabińskiego, jest dwoistość ludzkiej natury. Najsilniej ten wątek psychologicznych zainteresowań przejawia się w „Problemacie Czelawy”, które opowiadanie jest twórczą wariacją na temat Dr Jekylla i Mr Hyde’a. W znacznie mniejszym stopniu objawia się to w „Czadzie”, która w zasadzie jest nowelą „ogniową”, ale pokazującą, że Grabińskiemu, podobnie jak Poe czy Lovecraftowi, nie brakowało wyobraźni. Klasyczną grozą wieje również z noweli „W domu Sary”, opowieści o podtrzymywaniu wiecznej młodości i skutkach fatalnego zauroczenia. W wielu przypadkach czytelnik może się łatwo domyślić zakończenia, choć czasem jest ono bardziej łagodne albo bardziej surowe, niż można było przypuszczać. Bohater czasem radzi sobie z nieokreśloną bliżej mocą a czasem jej ulega. Pisarz nie stara się jej określić, wyjaśnić ani opisać. Pozostawia w niedopowiedzeniu i niepewności.

Z punktu widzenia współczesnego czytelnika są to opowiadania, które można byłoby śmiało rozwinąć, zagęścić, podrasować, wprowadzić tropy poboczne. Pamiętać jednak należy, że są to utwory pisanie już niemal 100 lat temu i stanowią klasykę polskiej literatury grozy. Mnie czasami urzekał kwiecisty, poetycki ale też chwilami nazbyt barokowy język pisarza. Można się jednak to tego szybko przyzwyczaić a rozliczne przypisy pomagają poznać znaczenie fachowych, łacińskich, francuskich a nawet włoskich słów i zwrotów.

Proza Grabińskiego doczekała się także ekranizacji. „Pożarowisko” i „Ślepy tor” stanowią część krótkometrażowej serii filmów grozy z końca lat 60. W połowie lat 80. powstały także dwa filmy telewizyjne „Problemat Profesora Czelawy” oraz „W domu Sary”. Te filmy oglądałem (choć jest ich więcej) i dobrze oddają klimat prozy Grabińskiego, choć żaden z nich nie stanowi wiernej ekranizacji (także ze względów technicznych). O ile filmy krótkometrażowe skracają treść opowiadań, tak w filmach telewizyjnych pojawiają się sceny i wątki, których u Grabińskiego nie ma. Literatura swoją drogą a film swoją a znajomość obu stron pozwala na pełny osąd. Po lekturze zbioru opowiadań widać wyraźnie, że autor bardzo solidnie przygotowywał się do pisania. Można wręcz odnieść wrażenie, że on, albo ktoś z jego najbliższej rodziny pracował na kolei albo w straży ogniowej. Precyzja i dokładność czasami spowalniają akcję a nadmiar słownego wyuzdania czy zbyt przejrzysta fabuła, skutkowały opowiadaniami słabszymi jak np. „Gebrowie”. Niemniej, warto zapoznać się z twórczością autora z wyobraźnią, nieco niepasującego do ówczesnej rzeczywistości i problemów.

Patryk Chrzan

Historie niedocenione

Ludwik Stomma jak zawsze nie zawodzi. Potrafi pisać o historii, obyczajach i mniej znanych faktach historycznych w sposób przystępny dla każdego czytelnika. Tym razem zajął się historiami, ze swojego punktu widzenia, niedocenionymi. Z humorem ale i precyzją dokonuje demitologizacji i dekonstrukcji zdarzeń, procesów i postaci historycznych. Książka podzielona jest na kilkanaście esejów w których dokonuje autorskiej wykładni zdarzeń historycznych i objaśnia związane z tym, daleko idące konsekwencje.

W tekście „Zama 202 pne” demitologizuje postać Hanniballa, który w bitwie pod Kannami wykazał się wybitnym zmysłem taktycznym, doprowadzając Rzymian do klęski, tyle w dużo trudniejszej dla Kartaginy bitwie pod Zamą, nie pokazał nic szczególnego. Przybliża również tragiczne losy pokonanego miasta, które stało się zakładnikiem zwycięzców i wskutek ambicji Katona, doprowadzone zostało do zagłady. Tym samym, jak wyjaśnia Stomma, nasza kultura i my sami pozbawieni zostaliśmy wpływów kartagińskich. Pozostaje gdybać, jacy bylibyśmy dziś.

Stomma

W eseju zatytułowanym „Krucjaty” przedstawia ich znaczenie, jako punkt zwrotny w relacjach Zachodu ze Wschodem. W tamtym czasie świat arabski był dużo bardziej otwarty i liberalny niż spętany mrokami wczesnego średniowiecza Zachód. Saladyn był światłym i otwartym człowiekiem a Templariusze potrafili zgromić nowoprzybyłego, gdy próbował przeszkodzić muzułmaninowi w modlitwie. W tekście poświęconym Joannie D’Arc praktycznie nie występuje jej osoba, ale wpływ jaki zostawiła na całą historię relacji angielsko-francuskich. Laikowi wychowanemu na filmach i serialach w pierwszej chwili trudno będzie uwierzyć, ale nawet ikoniczny Ryszard Lwie Serce nie znał angielskiego (nie miał szans dogadać się z Robin Hoodem) a niemal cała dynastia Plantagenetów bardziej czuła się związana z posiadłościami we Francji. Gdyby nie tragiczna postać późniejszej świętej mogło narodzić się jedno królestwo z jednym dominującym językiem. Angielski mógł pozostać na wiele dłużej językiem niższych klas a tym samym wolniej się rozwijać (zresztą i tak dopiero Szekspir rozwinął angielskie słownictwo). Podobną rolę nieświadomego koła zamachowego historii pełnił król Henryk VIII, który, jak słusznie podkreśla autor, funkcjonuje w historii jako tyran i mąż sześciu żon. Tymczasem właśnie on przyczynił się do gwałtownego rozwoju angielskiej marynarki wojennej, słusznie zdając sobie sprawę, ze silna flota oznacza bezpieczne państwo. Dzięki niemu za czasów jego córki Elżbiety I teoretycznie słabsza Anglia mogła zdetronizować na morzach i oceanach Hiszpanię, zadając klęskę Wielkiej Armadzie. Stomma zwraca również uwagę, że angielską marynarkę budowali zasłużeni korsarze z Francisem Drake’m na czele. Tym samym, na długie lata, luźne obyczaje korsarskie funkcjonowały wśród marynarzy i dowództwa. Zezwalano na spożywanie alkoholu na służbie a oficerowie ubierali się zależnie od…gustu kapitana. Ci także mieli fantazje, gdyż jeden nosił na służbie melonik a inny cylinder. Kto by pomyślał, że mowa o sztywnych „fajfoklokach”.

Stomma wyjaśnia również okoliczności bitwy pod Valmy, tej która uratowała rewolucję francuską. Rewolucjoniści zdawali się być na przegranej pozycji, ale Prusacy pod dowództwem księcia bruszwickiego, wspierani przez Austriaków, zlekceważyli gorzej wyszkoloną i niedyscyplinowaną „hałastrę”. Inna sprawa, ze król Prus bardziej był zajęty drugim Rozbiorem Polski i nie zadbał o odpowiednie morale i zaopatrzenie własnych wojsk. Zamiast bitwy miała miejsce „kanonada pod Valmy”, gdzie umocnieni na wzgórzach Francuzi zostali ostrzelani przez ciężką artylerię niemiecką. Ciężki ostrzał ich jednak nie zniechęcił, śpiewali „Marsyliankę”, jeden z dowódców pokazywał „gest Kozakiewicza” a okoliczni chłopi dostarczali im żywność. Głodni Prusacy, którzy nie rozumieli o co tak naprawdę walczą ostatecznie odstąpili, nie ryzykując szturmu pod górę. Świadkiem zdarzenia był Goethe, który siedząc w pobliskiej karczmie, odnotował zmianę kierunku historii.

Autor demitologizuje także w eseju „Olimpiada 1896” postać barona de Coubertaina. Tak naprawdę nie posiadał tych wszystkich cnót ani nie wyznawał szczytnych haseł z jakich zasłynął Ruch Olimpijski. Był ambitnym człowiekiem, który chciał przejść do historii a pomysł Igrzysk zaczerpnął o odbywających się w Grecji lokalnych zawodów, wzorowanych na starożytnych. Ponadto okazał się łapówkarzem, który po przyjęciu sporej sumy od Niemców stał się zakładnikiem ich żądań w czasie słynnych berlińskich zawodów. W ogóle, profesor Sorbony, krytykuje współczesny sport, w którym pękają kolejne granice apanaży a doping i pęd sukcesu za wszelką cenę, zacierają sens szlachetnej rywalizacji.

Warto także szczególnie przeczytać eseje dotyczące „Holocaustu” oraz „Dekolonizacji”. W pierwszym przedstawia swoje refleksje i próbuje znaleźć źródła antysemityzmu, które doprowadziły do „ofiary całopalnej”. Na podstawie przytoczonych zdarzeń i wypowiedzi konkluduje, iż powodem było samo bycie Żydem, obcym i niepewnym. Z kolei luźne podejście krajów kolonialnych do zastanej kultury i struktury plemiennej w Afryce spowodowało, trwające do dziś konflikty etniczne. Anglia, Francja, Belgia czy Niemcy rysowali granice przyszłych państw według własnych interesów i potrzeb, tym samym, zamykając w jednym organizmie ludy obce sobie kulturowo i językowo. Co ciekawe, jak zauważa Stomma, późniejsze interwencje w krajach objętych konfliktami wskazują, że dawne mocarstwa kolonialne trzymają się dość ściśle dawnych rozgraniczeń.

Autor pisze również o Juriju GargarinieJermaku Timofiejewiczuwojnie domowej w Hiszpaniibitwie pod CovadongąAdamie i Ewieszwajcarskich Wilhelmach Tellach oraz „czarnej legendzie” o potomkach konkwistadorów w Ameryce Południowej. Jeżeli ktoś chce dowiedzieć się więcej o historii, lepiej ją zrozumieć a także wysłuchać ciekawych i śmiesznych anegdot, ta pozycja jest jak najbardziej wskazana.

Ludwik Stomma, Historie niedocenione, Iskry, Warszawa 2011

Patryk Chrzan

Komentarz do wywiadu Adama Zagajewskiego czyli czarno-biały świat

Nie chciałem się wyzłośliwiać i zwykle wracam z czasem do równowagi, gdy czytam teksty (wywiady), które wskazują, iż rozmówca nie bardzo rozumie, o czym mówi – http://goo.gl/D1o3la. Ale tym razem nie dałem rady. Poeta Andrzej Zagajewski, którego twórczość dla jego nie-miłośników nazywana jest „zagajewszczyzną” i który jest polskim zamurowanym kandydatem do Nobla, przekonał mnie, że nie tylko w poezji ma już chyba niewiele do powiedzenia.

Wiersz „Kilka rad dla nowego rządu” razi nieporadnością, dosłownością i zwykłym brakiem polotu. Na ten temat jednak polecam bardzo dobry felieton Sławomira Płatka – http://goo.gl/frI3Wt. Polonistą ani żadnym innym filologiem nie jestem, abym mógł i chciał śmielej wypowiadać się na ten temat. Mam jednak szczęście (albo nieszczęście) bycia politologiem i nie mogłem przejść spokojnie wobec pewnych wypowiedzi poety w wywiadzie dla „Tagesspiel”. Abstrahuję tutaj od sympatii i antypatii politycznych, osobistych przekonań itp., ale skupiam się na pewnych pryncypialnych stwierdzeniach, które wskazują na zbyt dalekie uogólnienia.

pablo

Czytaj dalej

Dybuk – czyli nic wesołego

Marek Świerczek – ur. 1970. Studiował dziennikarstwo, socjologię, handel zagraniczny i historię współczesną. Pracował jako reporter, trener karate, nauczyciel języka angielskiego i konsultant ds. bezpieczeństwa. Debiutował książką Bestia, uznaną przez Rzeczpospolitą za najlepszą powieść 2007 roku. Publikował także opowiadania.

„Dybuk” jest w pewnym sensie powieścią totalną, choć to nieco zużyte słowo. Autor, zgodnie z własnym wykształceniem i doświadczeniem, miesza zgrabnie elementy grozy, sensacji, romansu i powojennej historii.

Dybuk

Książka opowiada o Remie Sosnkowskim, kapitanie przedwojennego wojska i AK-owcu, likwidującym funkcjonariuszy nowego systemu i członków PPR. Schwytany i skazany na śmierć otrzymuje propozycje „nie do odrzucenia” od pułkownika bezpieki, niejakiego Singera – przedwojennego inteligenta, komunisty i Żyda. Chce, aby Sosnkowski, jako sprawny egzekutor zlikwidował po cichu jego przyjaciela Aarona Stallmana, którego podejrzewa, że przestał być sobą a stał się dybukiem – człowiekiem z podmienioną duszą. W tym czasie milicja odnajduje w piwnicy jednej z kamienic dziewczynkę zamordowaną w bestialski sposób. Do Sosnkowskiego w tajnej misji dołączają Sigismund (Szlomo) Von Horn – Niemiec nawrócony w ramach pokuty na judaizm oraz Cygan Melkiades, któremu Niemcy wymordowali rodzinę. Do „drużyny” wyposażonej i przeszkolonej przez bezpiekę (z którą mają utrzymywać ciągły kontakt radiowy) dołącza później młody Żyd z pomysłami, udający dotąd…księdza oraz pewna młoda dziewczyna. Nie jest to jednak ekipa zabójców a raczej reprezentanci różnych spojrzeń na zastaną rzeczywistość.

Po tym krótkim opisie zawiązania akcji można chyba uznać, że autor posiada sporą wyobraźnię. Muszę przyznać, że podchodziłem do tej książki dość nieufnie, gdyż spodziewałem się sensacji i horroru, jedynie z domieszką problemów społecznych odradzającego się państwa.

Tymczasem, autor jako socjolog, dziennikarz i znawca historii współczesnej postawił sobie cel dość ambitny, ponad zwyczajową beletrystykę. Świerczek napisał bowiem powieść bardzo naturalistyczną i realną a bohaterowie posługują się językiem i używają zwrotów, które wyszły już z użycia. Postacie w „Dybuku” są w kilku przypadkach przekonujące, ale zarazem funkcjonują jako pewne symbole i ich zachowania, reakcje są symboliczne. Sosnkowski na zewnątrz chłodny w środku okazuje się wrażliwym człowiekiem, którego raz po raz rozczarowuje postawa własnego narodu, dla którego przecież walczył. Singer to ideowy komunista, którym stał się w czasach sanacji, oczytany inteligent na tle tępych oprawców z branży. Niemiec ma silne problemy tożsamościowe a Żydzi jawią się jako uległa nacja, która przy każdej okazji szuka możliwości porozumienia i załagodzenia sporu.

Mocną stroną książki jest język, precyzyjny, żywy i naturalny. Przez powieść przetacza się grono pomniejszych charakterów, zazwyczaj prostych chłopów, bezmyślnych i głupich, ale wśród nich autor nakreśla także tych bardziej rozumnych i empatycznych. Zjawia się także cyrkowiec (podający się za byłego oficera), który okazje się postacią dwulicową i zwykłym stręczycielem. Polska w czasie słynnego referendum „3 razy Tak” w wizji autora to kraj zniszczony, z wywróconą hierarchią społeczną i systemem wartości, bezwzględne miejsce, w którym trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Bardzo zgrabnie napisane są także fragmenty dziennika Stallmana, w których Świerczek nie ucieka od zmetaforyzowanego języka, przez co nadaje mu znamiona autentycznego, bardzo osobistego memuaru.

„Lewą ręką ciemności jest światło. By zaprzeczyć przekleństwu własnej rasy, potrzebne jest przeciwieństwo. Kto lepiej niż Adam mógł zaprzeczyć tkwiącemu we mnie, ponuremu, nękanemu przez bezwolną depresję Semicie? Ale nawet on, mimo swojej pewności siebie i oficerskiej arogancji, był tylko złudzeniem siły (…) Pomyliłem się. Moja dawna miłość okazała się dziecinną pomyłką (…) Jego siła brała się jedynie ze słabości innych (…) Czekałem na swoją miłość (…) Płowa bestia, w której zakocham się bez pamięci.”

Fragment pamiętnika Stallmana

„Dybuk” to powieść o społeczeństwie, polityce i uwięzieniu w historii. Sensacja i groza są tutaj jedynie istotnym dla książki dopełnieniem. Niemniej, rozczarowuje samo zakończenie, które jest jakby unikiem od tytułowego, dosłownego, legendarnego Dybuka w kierunku bardziej ostatecznego rozwiązania. W tym sensie „Dybukiem” jest samo społeczeństwo, pozbawione przez wojnę duszy, złe i bezmyślne a stara żydowska legenda pozostaje głównie pretekstem.

Książkę mogę polecić, ale po jej lekturze nie należy się spodziewać pozytywnych doznań estetycznych. Poza tym, to całkiem niezły materiał na film i to z pewnością bardzo kontrowersyjny.

Marek Świerczek, Dybuk, Ammit, Bielsko-Biała, 2012

Patryk Chrzan

 

Memoryzacja poezji

Niedawno na Facebooku pewien znajomy opublikował znany już (poniekąd słynny) „bardzo krótki wiersz o frustracji” Piotra Mosonia – „już/kurwa/brak mi/słów”. Także tym razem króciutki tekst pojawił się bez autora i po raz kolejny pospieszyłem z pomocą. Jedna osoba zapytała nawet „Szymborska?”, co skłoniło mnie dodatkowo do napisania tego tekstu.

Takie są fakty, drodzy odbiorcy poezji. Polska poezja współczesna dla zwykłego człowieka (bo nie wspomnę już mitycznego „czytelnika poezji”) to: Szymborska, Miłosz, Herbert i ks. Twardowski. Szymborska i Miłosz, bo Nobel, Herbert, bo każdy zna ze szkoły Pana Cogito, a ks. Twardowski, bo nieśmiertelna już fraza „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Zatem, jeśli ktoś, gdzieś znajdzie jakiś „fajny” wiersz (a na czym polega „fajność”, zaraz wyjaśnię) bez autora,  przypisze go automatycznie (na mocy własnej wiedzy) jednemu z czterech twórców. Jeżeli będzie uszczypliwie, z humorem i dystansem – na pewno Szymborska. Nawiasem mówiąc, w tekście Piotra Mosonia pojawia się ostre słowo na K, o które Wisławę Szymborską trudno oskarżyć. To jednak nie przeszkodziło, aby „bardzo krótki wiersz o frustracji” zaliczyć w poczet jej dzieł. Jednak co chyba najśmieszniejsze, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę „krótki wiersz o frustracji autor”, aby już w drugim wyniku otrzymać nazwisko autora wraz z tytułem tomiku. Ale po co się tak męczyć.

pablo

Czytaj dalej