Baśń o wychodzeniu z dzieciństwa

Bardzo lubię opowieści inicjacyjne. Historie z jednej strony uniwersalne, pokazujące kolejne etapy dążenia do dorosłości, typowe radości i smutki okresu dzieciństwa i dorastania, a z drugiej indywidualne, naznaczone konkretnym miejscem i czasem, obecnością takich a nie innych ważnych dla młodego człowieka osób – członków rodziny, nauczycieli, przyjaciół – a także jego własnym, niepowtarzalnym zestawem cech charakteru, zainteresowań, marzeń i ambicji.

„Królowa Tiramisu” to typowa narracja tego typu. Piotruś, dorastając w małym miasteczku na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych,  poznaje śmierć (najpierw snując z kolegami opowieści o cmentarzach i duchach, potem przeżywając zgon ojca) i miłość, która niestety też zawsze umiera (najpierw zdradza go matka, wiążąc się z okrutnym ojczymem, potem kolejne kochanki, także gustujące w brutalnej, męskiej sile). Bywa ofiarą – domową i szkolną, ale bywa też człowiekiem sukcesu, prymusem, doktorantem, ważnym pracownikiem liczącej się na rynku korporacji. Są to jednak gorzkie zwycięstwa, uzyskane na polach, które nie interesują bohatera  bądź interesują tylko chwilowo. To, na czym najbardziej mu zależy, do czego najbardziej dąży – miłość i wolność – pozostaje mirażem, gałką lodów, która szybko roztapia się w lipcowym upale.

Realistyczna opowieść o przełomowych dla Piotrusia i mocno symbolicznych zdarzeniach – jak katastrofa w Czarnobylu, wyrzucenie przez matkę pamiątek po zmarłym ojcu, zobaczenie jej w trakcie seksu z ojczymem, świniobicie, pierwszy wytrysk (niestety będący rezultatem gwałtu) czy ucieczka z domu – przeplata się z baśnią o Królewiczu z Marcepanu, jego alter ego. Królewicz również jest półsierotą i również czuje się zdradzony przez matkę, tytułową Królową Tiramisu, która bezwolnie pozwoliła najechać Królestwo Słodyczy Królowi Żółci. Czy jednak ta baśń może mieć szczęśliwe zakończenie?

„Królowa Tiramisu” przypomina poniekąd „Absolutną Amnezję” Izabeli Filipiak – zarówno pod względem tematu, jak i wysmakowanej, intertekstualnej formy – tyle że w męskim wydaniu. Pokazuje, że mały chłopiec może być ofiarą złych dorosłych – mężczyzn i kobiet – tak samo jak mała dziewczynka. Nawet jeżeli dorośnie i ucieknie z domu, to będzie już zawsze dźwigać bagaż bolesnych wspomnień. Będzie też – po freudowsku – powtarzać w nieskończoność różne wariacje scenariusza z sobą jako ofiarą, scenariusze utraty miłości, scenariusze upadku Królestwa Słodyczy.

Weronika Górska

Bohdan Sławiński: Królowa Tiramisu. Wydawnictwo Jacek Santorski & Co. Warszawa 2008.

Tradycja contra indywidualność. Refleksje sprowokowane „Skrzypkiem na dachu”.

 

Musicale często sprawiają wrażenie, jakby kwestie, które mogłyby z powodzeniem zostać wypowiedziane, na siłę śpiewano. „Skrzypek na dachu” opiera się tym zarzutom. Zabawne, cięte dialogi w idealnych proporcjach przeplatają się z piosenkami o równie błyskotliwym tekście i porywającej muzyce. Ilekroć słyszę takty najpopularniejszych numerów ze spektaklu – „Tradycji” czy „Gdybym był bogaty”, odczuwam nieodpartą chęć nucenia pod nosem i tańca. Kiedy raz na kilka lat, w zaciszu własnego domu, odświeżam film Normana Jewisona, mogę robić to bez skrępowania. Kiedy wybieram się do Teatru Rozrywki, ograniczam się do dyskretnego podrygiwania w fotelu, a nucenie zostawiam na czas powrotu do domu przez Park Róż.

„Skrzypek na dachu” nie tylko bawi marzeniem głównego bohatera, Tewjego Mleczarza, że gdyby stał się zamożnym człowiekiem, wybudowałby dom z jednymi schodami prowadzącymi w górę, drugimi w dół, a trzecimi donikąd, bo go na to stać. Skłania również do refleksji nad korzeniami, obyczajami, religią, tożsamością, tolerancją. Jest zarazem opowieścią bardzo żydowską, ukazującą z ciepłem i humorem tradycyjny sposób życia tej nacji na ukraińskiej wsi przed stu laty, jak też historią uniwersalną, której przesłanie można odnieść do sytuacji wielu innych ludów w wielu innych miejscach i czasach.

Refleksje Tewjego, że bez tradycji człowiek staje się chwiejny niczym skrzypek na dachu, aczkolwiek z drugiej strony… (i tu bohater przez całą akcję utworu przytacza coraz to nowe argumenty na niekorzyść tradycji) – wydaje się niezwykle trafna i wciąż aktualna. Nawet jeżeli dziś – przynajmniej w kręgu kultury europejskiej i amerykańskiej – żaden ojciec, wzorem Tewjego, nie rozważa, czy wydać córki za mąż zgodnie z obyczajem, przy pomocy swatki, czy też pozwolić im wybrać towarzysza życia samodzielnie, w zgodzie z własnymi uczuciami – i tak wciąż musimy wybierać, czy postawić na utarte, bezpieczne schematy postępowania, czy na indywidualność oraz nowe, niesprawdzone jeszcze postawy, które mogą zrazić wielu – zwłaszcza starszych i zachowawczych – członków naszej społeczności. Podobne dylematy dotyczą nie tylko wyboru partnera oraz modelu związku, ale również religii (bądź ateizmu), przekonań politycznych i szeroko rozumianego światopoglądu, pracy, miejsca zamieszkania, hobby, wyglądu zewnętrznego, diety, sposobu wysławiania się itp.

Tego rodzaju wątpliwości towarzyszą też oczywiście wyborom estetycznym, artystycznym. W szkole uczyliśmy się sinusoidalnego podziału epok literackich na klasyczne i romantyczne. Na studiach humanistycznych (o ile takie właśnie ukończyliśmy), dowiedzieliśmy się, że w obrębie każdej epoki również spotyka się klasyków i romantyków, zwolenników tradycji i nowatorstwa. Ponadto to, co kiedyś stanowiło formalną bądź treściową rewolucję, bunt, z czasem weszło do kanonu i dziś nikogo nie szokuje, wręcz stało się ograne i przewidywalne.

Możemy podążać ślepo ścieżką mistrzów, sięgać wyłącznie po dzieła od dawna zaliczone w poczet arcydzieł przez autorytety, którym nie śmiemy się sprzeciwiać, inspirować się tymi dziełami, kopiować zawarte w nich rozwiązania. W ten sposób będziemy obcować z uznanym pięknem, nie narazimy się, że ktoś wyśmieje nasz gust czytelniczy, zarzuci nam nieuctwo czy brak poprawności naszym własnym utworom. Zarazem jednak nie poznamy ogromu piękna (i brzydoty), różnorodności literatury i szeroko pojętej sztuki, nigdy nie zadamy samym sobie pytania, czy coś nam się podoba i dlaczego, bo będziemy z góry wiedzieć, że podobać się powinno, nigdy też nie stworzymy niczego odrębnego, niepowtarzalnego, osobniczego. Staniemy się jak francuski ogród, jak staw z czystą, ale stojącą wodą.

Przeciwstawnym rozwiązaniem okazuje się bunt wobec autorytetów, samodzielne dokonywanie wyborów i preferencji, przedzieranie się przez wydawniczy śmietnik, szperanie w różnych, niekoniecznie znanych i cenionych, gatunkach, nurtach, autorach, tworzenie wedle sobie tylko wiadomych reguł i zasad bądź całkowicie bez nich. Wówczas wielokrotnie okaże się, że jesteśmy samotni w naszych fascynacjach, że inni albo kpią z naszych idoli, albo w ogóle ich nie znają, a to, co piszemy, bywa niezrozumiałe, trudne do klasyfikacji, pełne błędów i potknięć. Z drugiej strony – jak mawiał Tewje Mleczarz – możemy w ten sposób wyłuskać wartościowe dzieła, które uszły uwagi snobów, poczuć, że obcujemy z czymś świeżym, niepowtarzalnym, odrębnym, a także sami coś takiego stworzyć. Będziemy przypominać busz albo rzekę, którą zasilają i czyste strumienie, i ścieki, rzekę, która nigdy nie wie, dokąd płynie i w jakim celu, co okazuje się tyleż przerażające, co fascynujące.

Możemy wreszcie postarać się połączyć obie postawy, stać się czytelnikiem i twórcą świadomie, samodzielnie wybierającym z tradycji to, co mu odpowiada, a zarazem wciąż poszukującym nowych idei, nowych tropów, nowych rozwiązań, które okazują się atrakcyjne nie dlatego, że są nowe, ale dlatego, że uzupełniają tradycję o coś cennego, czego wcześniej w niej brakowało. Możemy podejmować z tradycją dialog, zamiast ślepo jej przytakiwać bądź odrzucać ją z zasady. Możemy stać się skrzypkiem z odwagą wskakującym na nieprzesadnie spadzisty dach – z odwagą, lecz bez nadmiernej pewności ani siebie, ani dachu.

Weronika Górska

„Skrzypek na dachu” – musical na podstawie powieści Sholema Alejchema. Muzyka: Jerry Bock. Słowa: Sheldon Harnick. Libretto: Joseph Stein. Reżyseria adaptacji filmowej: Norman Jewison. Reżyseria adaptacji teatralnej w Teatrze Rozrywki w Chorzowie: Marcel Kochańczyk.

Memoryzacja poezji

Niedawno na Facebooku pewien znajomy opublikował znany już (poniekąd słynny) „bardzo krótki wiersz o frustracji” Piotra Mosonia – „już/kurwa/brak mi/słów”. Także tym razem króciutki tekst pojawił się bez autora i po raz kolejny pospieszyłem z pomocą. Jedna osoba zapytała nawet „Szymborska?”, co skłoniło mnie dodatkowo do napisania tego tekstu.

Takie są fakty, drodzy odbiorcy poezji. Polska poezja współczesna dla zwykłego człowieka (bo nie wspomnę już mitycznego „czytelnika poezji”) to: Szymborska, Miłosz, Herbert i ks. Twardowski. Szymborska i Miłosz, bo Nobel, Herbert, bo każdy zna ze szkoły Pana Cogito, a ks. Twardowski, bo nieśmiertelna już fraza „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Zatem, jeśli ktoś, gdzieś znajdzie jakiś „fajny” wiersz (a na czym polega „fajność”, zaraz wyjaśnię) bez autora,  przypisze go automatycznie (na mocy własnej wiedzy) jednemu z czterech twórców. Jeżeli będzie uszczypliwie, z humorem i dystansem – na pewno Szymborska. Nawiasem mówiąc, w tekście Piotra Mosonia pojawia się ostre słowo na K, o które Wisławę Szymborską trudno oskarżyć. To jednak nie przeszkodziło, aby „bardzo krótki wiersz o frustracji” zaliczyć w poczet jej dzieł. Jednak co chyba najśmieszniejsze, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę „krótki wiersz o frustracji autor”, aby już w drugim wyniku otrzymać nazwisko autora wraz z tytułem tomiku. Ale po co się tak męczyć.

pablo

Czytaj dalej