Poeta pragnie…

Przy okazji słuchania sir Kena Robinsona nt. obecnego opresyjnego systemu edukacji, rewolucji w podejściu do nauczania i do dziecięcych marzeń – natknąłem się na ten oto wierszyk.
(A tutaj link do wykładu „Zrewolucjonizujmy nauczanie„: https://www.youtube.com/watch?v=psmVhh41h-k)

W.B. Yeats, He wishes for the Cloths of Heaven

Had I the heavens’ embroidered cloths,
Enwrought with golden and silver light,
The blue and the dim and the dark cloths
Of night and light and the half-light,
I would spread the cloths under your feet:
But I, being poor, have only my dreams;
I have spread my dreams under your feet;
Tread softly because you tread on my dreams.

(Gdybym miał niebios wyszywaną szate
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby — w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach).

 

HYDOR-AQUA-le EAU, czyli trzej poeci i woda.

nad wodą wielką

W przeciągu (w przypływie) ostatniego miesiąca przyleciały (przypłynęły) do mnie dwa tomiki wierszy – śląskich, dojrzałych poetów: Grzegorza Kielara „węzły, węzełki”,
i  Andrzeja Kanclerza „Mapa czasu”. Ponadto kilka wierszy nie-śląskiego poety: Marcina Królikowskiego z Warszawy.  Pod wpływem „tajemniczego” impulsu, spośród kilkudziesięciu wierszy tychże poetów, wybrałem trzy, które traktują co nieco o WODZIE: Kielara „nitki, sznurki, klamerki”, Królikowskiego „Panta rhei”, Kanclerza „Życie wyszło z wody”.

Nitki, sznurki, klamerki (G. Kielar)

nie zakochuj się w przelatującym
gołębiu nie lgnij nie przywieraj
tak blisko nie przywiązuj się odpuść
te wszystkie nitki sznurki klamerki
tego i tak nie da się złożyć nie tu
do siebie nie pasuje

Elizjum jest teraz gdzie indziej
w innym pokoju na innej ulicy
pod innym niebem

nie do uniesienia ta miłość
te oczy łagodne jak kołysanka
nie do zniesienia ten popękany
sufit skurcz serca i grzechotka
pamięci

nie jesteś jednak do końca sam
zawsze możesz liczyć na swoją
samotność
ale przedtem zrób coś z tymi
nitkami sznurkami i klamerkami
z tymi węzłami węzełkami
najlepiej popuść poluzuj
poodpinaj

potem weź porządny łyk z chłodnej
Lete i zanurz się
po szyję

Panta rhei (M. Królikowski)

W błogosławieństwie burz na morzu się ocknąłem
Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali.
Arthur Rimbaud, Statek Pijany

Nie szukaj mnie w tym mieście, jestem znacznie dalej,
coraz oszczędniej piszę, wyprzedaję książki,
coraz więcej miejsca robię dla uchodźców
w wierszach.

Przyglądam się szafkom i widzę szalupy,
wyrzucam z nich wszystko, co może spowolnić
podróż, dokumenty, walizki, rozchodzone buty,
słoiki – te jednak zostawię, bo mogą się przydać
na listy, kiedy zniknie zasięg.

Wywożę nad rzekę szklanki i talerze,
to co będzie dryfować i jest niewywrotne,
jestem coraz lżejszy, odzyskałem przestrzeń,
mam nową świadomość, trzy puste pokoje –
wszystko żeby płynąć.

Panta rhei, żegnaj stary świecie,
nie szukaj mnie w tym mieście, jestem znacznie dalej,
odkręciłem krany i kulę się w wannie.

(uchodź.com dedykuję)

Życie wyszło z wody (A. Kanclerz)

życie wyszło z wody
gramoląc się z wanny
nagie stanęło przed bogiem
w lustrze

wygnane na wschód
od edenu do baru paradizo
włóczyło się z łososiami
pod prąd

próba zapisu pierwszego
skończyła się fiaskiem
gdy patyk na piasku
skreślił słowo dusza

kolejne niewiele znaczące
słowa pojemniki
plastikowe butelki
odnajdowało na wysypisku

wspinało się na tę górę śmieci
słów która rosła i rosła
unosząc je na wysokość
zetknięcia się wskazujących palców

 

 

 

QUOD POTUI, FECI, czyli o powinnościach, patosie i okruchach piękna.

W związku z tym, iż 13 kwietnia obchodziliśmy 77 rocznicę urodzin irlandzkiego poety Seamusa Heaney’a, postanowiłem po raz kolejny zajrzeć do zbioru jego esejów pt. Zawierzyć poezji[1], i do jednego z wierszy tamże umieszczonych, który niegdyś „głęboko” zapadł mi w pamięci.  Użyty przeze mnie cudzysłów w słowie głęboki, wiąże się z tym, iż wiersz pt. Bez osłony (Exposure), do dziś wydaje mi się bardzo mglisty, a jednocześnie ważny i „mocny”. Nie mam zamiaru w tym miejscu wyłuszczać ukrytych warstw i znaczeń.  Napiszę tylko, iż jednym z pytań jakie stawia przede mną wiersz Exposure: jest pytanie o zaangażowanie poety w sprawy bieżące, w politykę, społeczeństwo etc.   Chciałbym również zaznaczyć, iż wiersz ten umieszczony został w pewnym nietypowym kontekście, a mianowicie znalazł się w mowie wygłoszonej przez Heaney’a z okazji przyjęcia przez Niego Literackiej Nagrody Nobla i stanowi swoisty komentarz do niego.
Kilka dni po tym jak świętowałem z Heaney’em kolejną rocznicę jego urodzin, spotkałem niespodziewanie na drodze Zygmunta Kubiaka, który w swoich klasycznych dłoniach trzymał Brewiarz Europejczyka[2], a w nim m.in.: esej Pisarz Polski,  traktujący o Janie Parandowskim.  Kiedy Kubiak mówił o Parandowskim (a dalej także o L. Staffie), zwracał uwagę na ich milczenie, a także bezsilność jednostki, na patos i dostarczanie okruchów piękna. Po czym Kubiak przytoczył wiersz Staffa pt. Rzęsa (z tomu Wiklina), który w sposób ciekawy, moim skromnym zdaniem, koreluje z Bez osłony.   Zresztą oceńcie sami:

Exposure (S. Heaney)

It is December in Wicklow:
Alders dripping, birches
Inheriting the last light,
The ash tree cold to look at.

A comet that was lost
Should be visible at sunset,
Those million tons of light
Like a glimmer of haws and rose-hips,

And I sometimes see a falling star.
If I could come on meteorite!
Instead I walk through damp leaves,
Husks, the spent flukes of autumn,

Imagining a hero
On some muddy compound,
His gift like a slingstone
Whirled for the desperate.

How did I end up like this?
I often think of my friends’
Beautiful prismatic counselling
And the anvil brains of some who hate me

As I sit weighing and weighing
My responsible tristia.
For what? For the ear? For the people?
For what is said behind-backs?

Rain comes down through the alders,
Its low conductive voices
Mutter about let-downs and erosions
And yet each drop recalls

The diamond absolutes.
I am neither internee nor informer;
An inner йmigrй, grown long-haired
And thoughtful; a wood-kerne

Escaped from the massacre,
Taking protective colouring
From bole and bark, feeling
Every wind that blows;

Who, blowing up these sparks
For their meagre heat, have missed
The once-in-a-lifetime portent,
The comet’s pulsing rose.

Bez osłony (S. Heaney)

Grudzień w Wicklow: przemokłe
Olchy, brzezina przejmuje
W spadku ostatek światła,
Jesion przenika wzrok zimnem

Zbłąkana kometa powinna
Pokazać się o zachodzie,
Ten milion ton światła, jak migot
Owoców dzikiej róży:

Widzę przecież czasem spadającą
Gwiazdę. Gdyby niósł mnie meteoryt!
Nie: brnę tylko przez wilgoć liści,
Łupin, strzał zużytych przez jesień,

W wyobraźni widząc bohatera
Na błotnistym, ogrodzonym placu:
Jego dar jest jak kamień z procy,
Tej broni zdesperowanych.

Jak się stało, że jestem tu, taki?
Myślę często o pięknych pryzmatach
rad przyjaciół, o kowadłach mózgów
Innych, tych co mnie nienawidzą,

Gdy siedzę i ważę bez końca
Tristia mojej odpowiedzialności
Wobec czego? Ucha? Narodu?
Tego, co się mówi za plecami?

Deszcz przecieka przez liście olch
I choć jego wielogłosy podszept
Szemrze coś o sprawionych zawodach,
O erozjach – jednak każda kropla

Przywołuje diament absolutu.
Ani więzień ani konfident,
Lecz wewnętrzny emigrant, zapuszczam
Długie włosy i sondy w głąb siebie;

Piechur, który umknął z rzezi w lasy
I przejmuje barwy ochronne
Od konarów i kory, czujący
Każdy podmuch wiatru – tym jestem,

Kimś, kto, rozdmuchując te iskry,
By choć trochę się ogrzać, przeoczył
Dany tylko raz w życiu znak,
Pulsującą różę komety.

(przeł. Stanisław Barańczak)

Rzęsa (L. Staff)

W starym, zapuszczonym parku
Stałem nad stawem
Pokrytym grubym kożuchem rzęsy.
Myśląc,
Że woda była tu niegdyś przejrzysta
I dziś by być taka powinna,
Podjętą z ziemi suchą gałęzią
Zacząłem zgarniać zieloną patynę
I odprowadzać do odpływu.

Zastał mnie przy tym zajęciu
Mędrzec spokojny
O czole myślą rozciętym
I rzekł z łagodnym uśmiechem
Pobłażliwego wyrzutu:
„Nie żal Ci czasu?
Każda chwila jest kroplą wieczności.
Życie mgnieniem jej oka.
Tyle jest spraw arcyważnych”.

Odszedłem zawstydzony
I przez dzień cały myślałem
O życiu i o śmierci,
O Sokratesie
I nieśmiertelności duszy,
O piramidach i pszenicy egipskiej,
O rzymskim Forum i księżycu,
O mamucie i wieży Eiffla…
Ale nic z tego nie wyszło.

Wróciwszy nazajutrz
Na to samo miejsce,
Ujrzałem nad stawem,
Pokrytym grubym zielonym kożuchem,
Mędrca z czołem wygładzonym,
Który spokojnie,
Porzuconą przeze mnie gałęzią,
Zgarniał z powierzchni wody rzęsę
I odprowadzał do odpływu.

Wkoło szumiały cicho drzewa,
W gałęziach śpiewały ptaki.

[1] Por. S. Heaney, Zawierzyć poezji, wybór i opracowanie S. Barańczak, Kraków 1996.

[2] Por. Z. Kubiak, Brewiarz Europejczyka, Warszawa 1999.